W przedświątecznym okresie Bożego Narodzenia wracam często myślami do tamtego czasu z przed wielu lat, gdy byłam małą dziewczynką.
Zimy były wtedy śnieżne i mroźne – zwłaszcza na południu Polski skąd pochodzę. Wcześniej trwał jednak czas oczekiwania, czas Adwentu. W mojej pamięci Adwent to szare świty, ciepło domu i czekanie na powrót mamy z rorat, na które chodziła codziennie do kościoła Kapucynów. W uśpionym domu i powstających z ciemności porankach, kuchnia zdawała się być jedynym miejscem chroniącym dziecko przed lękiem samotnego przebudzenia. Biegłam zatem w koszuli nocnej i na bosaka do tego azylu światła i ciepła, gdzie nasza Józia prasowała stosy bielizny. Siadałam w kucki na kuchennym taborecie i wpatrzona w żarzący się węgiel pod blachą pieca słuchałam jej długich monologów. Józia pochodziła ze wsi i o niej szczególnie pięknie opowiadała. Wyciągała przy tym lub wkładała do żaru pieca duszę żelazka, którym następnie prasowała te stosy bielizny. W kuchni roznosił się swojski zapach krochmalonych bielutkich i teraz rozgrzanych prześcieradeł i poszewek. Tak mijał czas oczekiwań na mamę. Zaraz potem dom się budził. Z łazienki dochodziło melodyjne gwizdanie ojca przy goleniu, z dziecinnego pokoju słychać było sprzeczki i przekomażanie się mojego starszego rodzeństwa. Wtulona w ramiona matki niesiona byłam do jej sypialni gdzie trwało ubieranie pośród pocałunków i żartów.
Następnie moja pamięć zatrzymuje się dopiero na dniu Wigilii Bożego Narodzenia. Ten dzień tak niecierpliwie oczekiwany przez nas dzieci, naznaczony był szczególnymi zwyczajami i tradycjami rodzinnymi.
Najpierw poranna kąpiel, co nigdy nie miało miejsca w ciągu roku. Zawsze kąpaliśmy się wieczorem. W tym dniu, łazienka wypełniona była innym, dziennym światłem i w nim też wszystko było inne. Kolor wody seledynowy, przejrzysty, nasze ciała bielsze niż zwykle, nawet mydło i ręczniki pachniały inaczej. Potem następował już tylko czas niecierpliwego oczekiwania na wieczór. Cala atmosfera domu była niezwykła, pociągająca tak bardzo, ze aż odbierała chęć do zajmowania się codzienną zabawą, do której bez rezultatu nakłaniali nas dorośli.
W tym dniu nie podawano obiadu w jadalni, ale u nas w dziecinnym pokoju jedliśmy drugie śniadanie przy małym stole. Dom – jak nigdy – wydawał się być pełen tylko kobiet. Mama, babcia, ciocia i ciocia-babcia, Józia – wszystkie w bezustannej krzątaninie. Przy długim stole naciągano ciasto na strudel, tak, że stawało się na koniec cienknie jak bibułka. Wtedy kładziono na nie poszatkowane jabłka i mnóstwo bakalii, po czym zwijano je w rulon.
W jadalni trwało nakrywanie do stołu. W retrospekcji wszystko jawi mi się w bieli i srebrze. Śnieżny obrus, odświętny porcelanowy serwis ze złotymi obwódkami wokół talerzy, srebrne sztućce z monogramami używane tylko na uroczyste okazje, błyszczące przeźroczyste szkło kompotierek. Przy każdym nakryciu sztywna krochmalona serwetka i mała świerkowa gałązka. Pośrodku stołu na koronkowej serwetce żłóbek z Panem Jezusem na sianku, którego koniecznie pragnęłam wziąć do rąk. Jadalnia tonęła w blasku świateł, wszystko lśniło i błyszczało.
Z kuchni dochodziły odgłosy krzątaniny, stukot przesuwanych rondli, skwierczenie tłuszczu. Dawało się też słyszeć pełne emocji okrzyki i westchnienia świadczące, że dzieje się tam coś niezwykłego wymagającego szczególnej uwagi. Przez szparę między uchylonymi drzwiami wydobywały się smakowite zapachy. Ale dzieciom do kuchni wstęp był wzbroniony tak samo zresztą jak do salonu, do którego Aniołek przynosił choinkę. Snuliśmy się więc po domu lub ślizgali na wyfroterowanych podłogach wzdłuż amfilady pokoi wypatrując przez okna pierwszej gwiazdki.
Ta pierwsza gwiazdka na niebie była bowiem sygnałem do rozpoczęci wieczerzy wigilijnej. Wszyscy domownicy odświętnie ubrani z uroczystymi twarzami gromadzili się wokół stołu. Pamiętam matkę i ojca z opłatkami w dłoniach, pamiętam wszystkich biorących się w objęcia, pochylone nade mną uśmiechnięte twarze, pamiętam łzy w oczach kobiet. Były to łzy wzruszenia, miłości i szczęścia – dzisiaj to wiem – bo tak też dzieje się obecnie w mojej rodzinie, ale wtedy budziło to w dzieciach ciekawość i zdumienie. Następnie podawano kolejno tradycyjne potrawy, Niektóre przyrządzano tylko raz w roku, na Wigilię, tak jak np. uszka do barszczu, groch z kapustą, kluski z makiem czy strudel.
My dzieci nie mogliśmy doczekać się końca uroczystej wieczerzy. Z trudem przełykając kędy wypatrywaliśmy przez okno Aniołka. Bo tam u nas, to Aniołek właśnie przynosił choinkę i prezenty. Aniołka można było zobaczyć tylko w szopkach, na świątecznych kartkach i na obrazkach w książeczkach dla dzieci. Był najpiękniejszy w świecie! Z długimi włosami przepasanymi diademem z lśniącą gwiazdą nad czołem, w długiej białej szacie ze złotym paskiem i śnieżnymi skrzydłami wyrastającymi z ramion. Był cudowny, po prostu święty!
Siedząc tak na swoim krzesełku za stołem, wpatrzona w mrok za oknem, ujrzała go raptem przelatującego. Niezwykle przejęta, zapewniałam wszystkich o prawdziwości mojego widzenia. I nareszcie dał się słyszeć wyraźny dźwięk dzwoneczka za oknem To był sygnał, że jest blisko. Zerwaliśmy się z krzeseł! Ojciec powstał od stołu i gestem dłoni nakazał nam milczenie. Wkroczył do niedostępnego dotąd salonu i zamknął za sobą drzwi. Z poza nich dochodził dźwięk otwieranego okna, brzęczenie dzwoneczka, jakieś tajemnicze szmery. Pełni najwyższego napięcia tkwiliśmy przed zamkniętymi drzwiami i wreszcie oba ich skrzydła zostały otwarte szeroko. Ojciec zamykał okno za odlatującym Aniołkiem, a my w biegu, nagle oniemiali z zachwytu zatrzymaliśmy się przed choinką. Była to jodła sięgająca sufitu, smukła i pachnąca, strojona w najpiękniejsze cacka świata, opasana łańcuchami i płonąca światłami zapalonych świeczek. Bił od niej blask iście niebiański. Pod choinką szopka i całe mnóstwo paczek. Teraz ojciec odczytywał umieszczone na nich imiona domowników i wręczał je nam kolejno. Niektóre paczki zawierały dodatkowo wierszyki i rysuneczki okolicznościowe dedykowane adresatom przez Aniołka. Z wypiekami na twarzy wydobywaliśmy podarunki z szeleszczących kolorowych bibułek i papierów. Ile przy tym było śmiechu i radości, ile żartów! Wreszcie każdy ze swoją paczką w ramionach zasiadał do śpiewania kolęd. Dorośli w fotelach i na kanapie, my – na dywanie. Babcia zajmowała miejsce przy fortepianie aby nam akompaniować. „Bóg się rodzi” ... śpiewaliśmy z przejęciem, „Lulajże Jezuniu” .... płynęła czuła melodia i kolejno wszystkie kolędy śpiewane z całej mocy rozradowanych serc. Śpiewając pastorałkę „W dzień Bożego Narodzenia” podskakiwaliśmy w górę jak te ptaszki z kolędy, naśladując ruchami rąk trzepotanie skrzydeł, a głosami ich trele, basy i dyszkanty.
Budziła się nazajutrz rano w swoim łóżeczku przyniesiona tutaj poprzedniego wieczoru na rękach ojca. Z nadmiaru wrażeń i szczęścia, ukołysana melodią kolęd zasypiałam bowiem w blasku i cieple tego cudownego Wigilijnego wieczoru Bożego Narodzenia. Po przebudzeniu biegłam natychmiast do moich prezentów i co choinki. Nigdy nie miałam dosyć jej oglądania, odkrywania coraz to nowych, nie zauważonych dotąd ozdób i słodyczy. Była źródłem nieustannej radości i zachwytu. Wokół unosił się zapach jabłuszek i pierniczków. Wierzyliśmy święcie, że te pierniczki piekła dla nas sama Matka Boska. Były bowiem inne niż wszystkie. Posiadały rozmaite kształty, kolorowy lukier i smaczne były jak żadne na świecie. W ogóle wszystko co wisiało na tej choince pochodziło z nieba i wykonywane było rękami świętych. Odnajdywaliśmy też widoczne oznaki bytności tutaj aniołka. Snuły się bowiem po dywanie jego złociste i srebrne anielskie włosy.
Potem następował również bardzo radosny Świąteczny okres Bożego Narodzenia. Chodziliśmy do wszystkich kościołów miasta i oglądali przepiękne szopki.
Rodzice przyjmowali gości na wieczorne kolędowanie, a my z zaprzyjaźnionymi dziećmi urządzaliśmy „Jasełka”, których dialogi i monologi były przez nas wymyślane na poczekaniu. Stroje do przedstawienia też były własnego pomysłu. W trakcie przygotowań dochodziło do kłótni, bo nikt nie chciał być Herodem, a każda dziewczynka marzyła o roli Matki Boskiej lub Anioła. Wreszcie pogodzeni, zapraszaliśmy dorosłych, którzy zasiadali w krzesłach ustawionych rzędem. Przedstawienie kończyło zdanie triumfalnie wypowiedziane przez śmierć:
„Królu Herodzie, za te zbytki chodź do pieklą boś Ty brzydki!”
Król ścięty kosą spadał z tronu, a diabeł ciągnąc go za nogi wtrącał do piekła (tj., za stojącą nieopodal szafę). Dorośli bili brawa, a my uszczęśliwieni kłanialiśmy się nisko. Najbardziej jednak oczekiwana przez nas była tradycyjna już „kolęda”, z którą szliśmy do rodziny mieszkającej w pobliżu naszego miasta. Z wielką betlejemską gwiazdą wykonaną przez ojca wędrowaliśmy jak ci pastuszkowie, palnymi drogami, aby już o zmierzchu pod oknami ich domu śpiewać kolędy. Byliśmy potem serdecznie goszczeni i odwożeni do domu saniami.
Dużą atrakcją dla nas bywały również kuligi. Pamiętam doskonale jeden z nich.
W trakcie sanny zmieniła się pogoda. Rozpętała się zadymka i zawieja, a my w szczerym polu błądziliśmy nie mogąc odnaleźć drogi do domu. Konie płoszyły się co rusz. Nareszcie późną nocą, wystraszeni i zmarznięci trafiliśmy na wiejska plebanię, gdzie ksiądz proboszcz przyjął nas na noc i na drugi dzień bardzo serdecznie gościł śniadaniem. Kiedy wyruszaliśmy w powrotną drogę do domu była cisza, dzień był słoneczny, śnieg skrzył się i skrzypiał od mrozu pod płozami sań.
Niezapomniany czarowny,
czasie mojego dzieciństwa!
wszyscy kochani moi bliscy
już dzisiaj nieobecni – tak
wiele daliście mi szczęścia
i radości!